Przez rok współpracowałam z firmą wyspecjalizowaną w dziedzinie żywienia i produkcji zwierzęcej. Moja praca polegała na tłumaczeniu ustnym różnorodnych spotkań biznesowych, np. całodniowych konferencji, w trakcie których zarząd przekazywał swoim pracownikom informacje biznesowe.

Jak przygotowuję się do takich zleceń? Na miejsce zawsze przyjeżdżam wcześniej, aby mieć szansę na rozmowę z prelegentem o planowanym przebiegu spotkania, na postawienie mu pytań. Jest to też możliwość zapoznania się z wewnętrznymi materiałami firmy.

Na początku współpracy, przy nowym zleceniu, zawsze jest stres i niepewność: zastanawiam się czy jestem wystarczająco oczytana z danej dziedziny, czy mówca będzie podążał zgodnie z ustalonym harmonogramem, jaki jest jego sposób wypowiedzi. Tym bardziej, że zdaniem francuskim „rządzi” czasownik. Aby więc dobrze przełożyć zdanie, bez orzeczenia ani rusz. Szyk zdania w języku francuskim nie jest tak dowolny jak w języku polskim. Co więcej, jego zmiana może spowodować zmianę sensu zdania lub wręcz pozbawić je sensu. Ponieważ przy tłumaczeniu ustnym – oprócz znajomości języka – bardzo ważne są płynność wypowiedzi i nienaganna dykcja, najgorsze to zacząć się jąkać, zrobić przerwę i stracić wątek. Oczytanie, znajomość tematu przychodzą w sukurs, bo w razie zagubienia się – w ostateczności – mogę coś dopowiedzieć. W tłumaczeniu ustnym ważna jest również podzielność uwagi: mówca często uzupełnia wyświetlaną prezentację, w przypadku „czarnej dziury” można na nią zerknąć i coś dopowiedzieć.

W trakcie takich tłumaczeń zdarzyły mi się różne sytuacje: np. nie znałam nazwy zwierzęcia, surowca, czy choroby – i tu z pomocą przyszedł ktoś z publiczności. Dobrze więc, gdy tłumacz umie sprytnie maskować swoje błędy, ale także gdy wytworzy atmosferę zaufania i współpracy.

Mimo niepewności, która towarzyszy tłumaczeniom ustnym – lubię je wykonywać, ponieważ dzieją się tu i teraz.